Say, listen babe
Don't go wastin' your time
You keep comin' 'round
You'll hear the same old line
Po powrocie do domu bezwiednie opadłam z sił. Maskowanie się było moją reakcją obronną w sytuacjach kryzysowych. Gra pozorów była na rękę nie tylko mnie, ale wydaje mi się, że ludziom dookoła również. Nie lubiłam płakać komuś w rękaw. Wolałam by nikt się nie połapał, a w tym fachu stawałam się coraz lepsza. Lecz, jak się okazało nie do końca. Postanowiłam, że zajrzę do mojej sąsiadki z góry, a zarazem przyjaciółki - jedynej, jaką wówczas miałam. Coraz bardziej zastanawiało mnie to, że tak długo znosi moje kilkudniowe nieodzywanie się i niedawanie znaków życia. Podobało mi się, że zaakceptowała moją naturę, i, co by nie mówić, dziwaczny sposób egzystencji. A może to kwestia przyzwyczajenia. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.
Z racji tego, że Brad spędzał nockę u kumpla, nie miałam większych powodów do zmartwień. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i nieśpiesznie zawlokłam się pod mieszkanie dziewczyny. Lada chwila w drzwiach powitała mnie blondynka.
- Wyjmij to z ust! – przywitałam ją tym rozkazem i wyjęłam fajkę z jej pełnych, soczystych ust.
- Nigdy się nie nauczysz… - burknęła i podążyła za mną. Ujarzmiła rozwichrzone włosy ręką i nieskrępowanie paradowała w białej koszulce nocnej.
- Lane, co teraz porabiasz? – mruknęłam jakby z przyzwyczajenia. Odłożyłam papieros na popielniczkę, brzydząc się odrażającym smrodem nikotynowym. Uskubnęłam kawałek ciasta, które na brązowym talerzyku zdążyło już wyschnąć.
- Dorwałam fuchę statystki na planie filmu. Jest świetnie, dostajemy darmowe bony na jedzenie! - zaaferowała się i wywinęła te swoje wargi w powalającym uśmiechu. - A do tego sto pięćdziesiąt dolców dniówki.
- Nieźle – przyznałam. Z jednej strony jej zazdrościłam, że ma taką odwagę, by pracować i wyjeżdżać, ale z drugiej nie chciałam robić tego, co ona. Nie chciałam dorosnąć. O ile zachowanie Lane można takowym określić. - To w jakim filmie będę mogła zobaczyć poczynania przyszłej gwiazdy? – zagaiłam, trochę się naigrywając. Wiedziałam, że Darlene lubiła błyszczeć. Z jej twarzy momentalnie zniknął uśmiech. Przewróciła oczami i spojrzała na mnie niewyraźnie.
- Nie mam pieprzonego pojęcia! – zachichotała, rozkładając bezradnie ręce. Prychnęłam obserwując jej reakcję. Rozbrajała mnie za każdym razem. – Ale wiem, kto jest reżyserem! – zawołała, wracając z dwiema szklankami wody. Starała się powstrzymać śmiech.
- Olśnij mnie – odebrałam od niej literatkę i napiłam się ohydnie ciepłej wody.
- Avildsen. Nagrywamy w Franklin Lakes, są przynajmniej ładne widoki – usiadła obok mnie na długiej, bordowej sofie.
- Nosi cię, co? – mruknęłam, a Lane nie zaprzeczyła. – Ale wiesz, muszę poruszyć ten temat... Powinnaś wrócić do szkoły. Podejdź chociaż do egzaminów. Wiem, że dasz radę.
A ona jakby się nie przejęła. Zaczęła opowiadać o fabule filmu. Akcja kręciła się wokół szkoły opanowanej przez gangi i handlarzy dragami. Młodzież miał okiełznać dopiero pewien nauczyciel dzięki niekonwencjonalnym, aczkolwiek skutecznym metodom działania. Nie omieszkała mi również powiedzieć o czarujących spacerach wokół jeziora po sesjach nagraniowych. Gdy skończyła swój wywód, zapadła cisza, którą znów przerwała Lane.
- Słuchaj, wyjeżdżam w czwartek na zdjęcia… i zostanę tam do końca tygodnia. Fajnie, że się martwisz, ale nic nie mogę ci obiecać. Jednak postaram się od przyszłego tygodnia wrócić do liceum. – oznajmiła z nieukrywanym trudem.
- Mam taką nadzieję – posłałam jej niepewny uśmiech. Cóż zrobić, gdy widzisz jak twoja przyjaciółka obiera kręte ścieżki? W przypadku Lane nie polegało to na tym, by ją przycisnąć i mieć na oku. Zmuszanie też nic nie dawało. Uważała szkołę za pustą instytucję. I jest w tym część prawdy, ale nie dopuszczę, by zmarnowała kolejny rok, a przy okazji samą siebie. Wstawszy z kanapy, pokierowałam się w kierunku odtwarzacza i po raz enty przeglądałam kolekcję płyt Lane. Nie powalała ona swą objętością, jednak zawsze znalazł się tam Bowie, Iggy czy Stonesi. Dziś nie wybrałam ani Davida, ani Popa i spółki Jaggera, bo oczy zaświeciły mi się na widok debiutu Aerosmith. Wszystko, co kocham. Odpłynęłam na pierwsze dźwięki Make It.
- Rosie, chodź tutaj - szepnęła dziewczyna, aż w końcu pociągnęła mnie za rękę. Wylądowałam tam gdzie poprzednio. Lane spojrzała na mnie wymownie.
- Przecież wiesz, że… - wskazałam dłonią na odtwarzacz, ale blondynka przerwała mi wpół zdania. Ona wolała Bowiego, ja zaś przepadałam za nieokiełznanym Tyler’em, ale wtedy nic nie miało to do rzeczy.
- …wiem, ale nie o to mi chodzi. Jesteś jakaś nieswoja - stwierdziła Lane i wydawało mi się, że mnie przejrzała. - Hej, wiem, że coś się dzieje. Widzę.
- To nie bajka na teraz... - sapnęłam i opadłam na jej ramię. Zanurzyłam wzrok w słonecznikach wychylających swe łebki zza obrazu.
- A na kiedy? Kiedy nadejdzie właściwy czas? – pokręciła głową, krytykując moją postawę.
- Masz rację – odpowiedziałam, bo rzeczywiście tak było. Miałam w zwyczaju odkładanie niektórych rozmów na później, może bałam się z nimi skonfrontować i wolałam dusić je wewnątrz. Jednak… jak o tym powiedzieć, jak, kurwa, powiedzieć, że zawalił się cały mój świat…? Westchnęłam, przymykając powieki. Wnet odsłoniły moje oczy, gdy z magnetofonu rozbrzmiała harmonijka, a wraz z nią wspomnienie. Lane zauważyła mój nikły uśmiech i szturchnęła mnie łokciem.
- Poznałam kogoś – podekscytowała się na te słowa. – Właściwie to nie poznałam, tylko spotkałam. A raczej śpiewałam. Boże, jak głupio to brzmi! – zaśmiałam się wraz z towarzyszką. – To było nieco osobliwe, ale fajne… - lekko się zmieszałam, by później przybrać już bardziej promienny wyraz twarzy.
- Aaaa! Mów dalej, mów! - patrzyła na mnie, jedząc czekoladowe ciastko. To wyglądało komicznie.
- Tak serio to pojawił się nie wiem skąd i przyłączył się od tak do mnie, Jas’a i Mitch’a. Siedzieliśmy w najgorszym kącie skwerku, a on tam wparował i zaczął śpiewać jak nie z tej planety. Chłopacy też byli zdumieni, gdybyś widziała ich twarze - roześmiałam się. - Nie znam człowieka, który tak umie. Nie wiem kim jest, ale po głosie mogę stwierdzić, że kimś niebywałym – wywinęłam wargi w subtelnym grymasie. Dreszcz przeszedł mi po plecach, skończywszy na opuszkach moich chudych palców. Spuściłam wzrok, po czym chwiejnie przeniosłam go na przyjaciółkę.
- Shelly, to zajebiście! Cieszę się, bo odkąd pamiętam nikogo nie miałaś, a raczej nie chciałaś. On… na pewno ma jakiś zespół, musi mieć! A… a jak nie to i tak… - jej słowotok spowodował, że patrzyłam na nią jak na idiotkę. Zapędziła się bardziej niż ja.
- Ja go w ogóle nie znam! – syknęłam, przewróciwszy oczami. W brzuchu zaczęło mnie ściskać na myśl o nieznajomym. Poznawanie ludzi nie należy do moich najlepszych umiejętności.
- No raczej nie jest seryjnym mordercą… - powiedziała blondynka i rzuciła mi uśmiech.
- Nie wygląda na takiego – odpowiedziałam, a tym samym nieumiejętnie zabrnęłam w temat wyglądu. A jego wygląd idealnie wpasował się w nasz, przede wszystkim mój klimat. Tylko taki ktoś mógł zwracić naszą uwagę.
Zanim powiedziałam jej o tym, jak straciłam resztki pewności siebie i zagubiłam się totalnie w jednej sekundzie, minęły dwie godziny, które spędziłyśmy pląsając w rytm muzyki lub leżąc, gadając o planach i marzeniach. Lane widziała jak bardzo mi ciężko, a ja w końcu zrozumiałam, że prędzej czy później muszę to z siebie wyrzucić. Próbowała mnie podnieść na duchu, co za sprawą jej humoru nie okazało się trudnością. Jednak nie miałam nastroju na żarty i śmiechy. Kilka ciepłych słów i wspólne milczenie pomogły mi bardziej. Cieszyłam się, że Lane pomimo swojej porywczości, potrafiła też stać się taka jak wtedy. Jej obecność dodała mi otuchy.
Sebastian
Nazajutrz poszedłem w to samo miejsce. Byłem zaślepiony. Jej blaskiem. Urodą. Głosem. W tym momencie czułem, że wpadłem. Dorwała mnie. Ona. Miłość? Znów. Nic nikomu nie mówiłem, bo sprawiłbym im tę dziką przyjemność nazwania mnie niepoprawnym romantykiem. Żyłem tylko nadzieją, że ją zobaczę. Doskonale zapamiętałem loki rozwiane przez podmuchy letniego wiatru i anielskie rysy twarzy. Próbowałem wyzbyć się dźwięczącego od wczoraj w mojej głowie głosu, lecz to okazało się klęską. Odnosiłem wrażenie, że to jawa, nieco przesłodzony, naciągany sen. Ale sny przecież takie są, prawda? I tak jak ona, szybko znikają. Sęk w tym, że to zdarzyło się naprawdę.
Moim oczom ukazał się budynek szkoły. Na zewnątrz kręciły się dzieciaki, założyłem więc, że jest przerwa. Rozejrzałem się wokół, czując na sobie spojrzenia wszystkich, lecz nie jej. Ku uciesze przy barierkach zobaczyłem gościa, z którym wczoraj grałem. Też mnie zauważył i kiwnął abym podszedł.
- Siemasz - powiedział i podał mi rękę, którą następnie uścisnąłem.
- Cześć - odpowiedziałem, spostrzegłszy, że nie znam jego imienia. - Sebastian.
- Mitchell, ale mów mi Mitch - uświadomił mnie, po czym pierwszy zaczął temat. - Fajnie się wczoraj grało, popisałeś się, chłopie, ale naszej Shelly nie przyćmiłeś. Niezłą jest, co nie?
Co? Shelly? Tak ma na imię?
- Tak czy siak, to było odjechane! Musimy kiedyś pojammować. - skwitował.
- Jasne, nieźle gracie - uniosłem kąciki ust do góry i oparłem nogę na barierce.
- Chcesz papierosa? - pokręciłem tylko przecząco głową. - A tak w ogóle to… skądś ty się wziął?
- Mieszkam tu, a raczej na drugim końcu miasta, ale to nieważne - wzruszyłem ramionami. - Chodzicie razem do klasy?
- Ja i Shelly? Nie, ale jesteśmy na tym samym roku – przytaknął i wsunął paczkę fajek do kieszeni. - Ostatnia klasa, już przy pierdolonym końcu. Bliżej niż dalej. Jak to się skończy, to chcę się wyrwać.
- Też chciałem się wyrwać. Nadal chcę – odpowiedziałem, doskonale rozumiejąc jego słowa. – Ale na razie jestem tutaj. I podoba mi się tu.
- W Perth? – zajęczał.
- Najpierw Perth, Jersey… a potem reszta świata – powiedziałem, nie mając wówczas pojęcia, że sen się ziści. Rozglądając się w miarę możliwości, dostrzegłem elity popularnych dziewcząt, uganiających się za nimi sportowców, skejtów i przeciętnych nastolatków. Najwyraźniej nie robiłem tego wystarczająco dyskretnie.
- Co się tak rozglądasz? – zagaił chłopak. – Jak kogoś sz… No, stary. Chyba rozumiem.
Zmierzył mnie wzrokiem. Zrobiłem to samo. Nie chciałem wyjść na idiotę. Choć szczerze mówiąc nie przypuszczałem, że tak łatwo pójdzie… a może to los mi sprzyja?
- Kończy po czwartej – rzucił bezuczuciowo i zniknął za murami szkoły. Odniosłem wrażenie, że może na coś liczył, że chciał pograć czy po prostu pójść do baru pogadać o muzyce. Ale jak mógłbym robić szczeniakowi jakiekolwiek nadzieje? Przecież miałem ich. Swoje pieprzone Skid Row. Czterech wściekłych facetów, zapaleńców, gang. Zbyt wiele dla mnie wtedy to wszystko znaczyło. Zbyt mocne były braterskie więzy. Nie było mowy o zdradzie. Nie chciałam się w nic plątać. Wziąłem głęboki oddech i patrzyłem jak dzieciaki rozchodzą się do klas. Co jakiś czas spoglądałem na zegarek. Każda minuta zbliżała mnie do upragnionego spotkania, podczas gdy ja szukałem odpowiednich słów. Stałem naprzeciwko gmachu liceum, nie było tam okien. Mogłaby mnie przecież zauważyć i się speszyć. Choć wczoraj wydawała mi się taka pewna siebie. Dbałem o każdy szczegół jak nigdy. Zadziwiłem sam siebie. Wspiąłem się na przyszkolny mur i pozwoliłem słońcu ogrzać moją twarz. Czas upływał powoli, jednak kiedy usłyszałem dzwonek poderwałem się na nogi. Wyszedłem na skwer i obserwowałem mocarne drzwi. Wybiegł nimi najpierw koleś, z którym wczoraj grałem, a zaraz za nim Mitchell. Ten drugi wyglądał jakby starał się uspokoić tego pierwszego. Wymienili parę zdań, a w tym kilka dosłyszalnych przekleństw. Nie przejąłem się tym w ogóle, kiedy moje oczy znów mogły cieszyć się widokiem pięknej nieznajomej. Coś podpowiadało mi, żebym został i nie wynurzał się zza drzewa, ale nogi same poniosły mnie bliżej. Poczułem się bosko, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Stała w słońcu, jak zaczarowana. A jej kasztanowe włosy idealnie odbijały promienie. Mógłbym wpatrywać się w ten obrazek bez końca, ale połapałem się, że ktoś zaszedł mnie do tyłu i wziął za fraki. Byłem skołowany.
- Nawet nie próbuj jej tknąć – warknął gość od gitary. Wyglądał na nieźle wzburzonego.
- Jason, daj, kurwa, spokój – odezwał się Mitch. Zanim zdążył położyć rękę na jego ramieniu i zanim ja zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, pięść wylądowała na mojej twarzy. Cofnąłem się do tyłu, ale miałem tą przewagę, że byłem wyższy od kurdupla. Miałem ochotę się zamachnąć i oddać, takie sceny były moim chlebem powszednim, ale… Przecież nie będę się z nim lał.
- Hej, koleś, wyluzuj – przemówiłem. – Nie musimy się bić – tym pacyfistycznym tonem zdziwiłem samego siebie, chciało mi się śmiać. W innej sytuacji nigdy bym tak nie powiedział.
- Przychodzisz chuj wie skąd i bajerujesz mi dziewczynę, a ja na to, kurwa, nie pozwolę! – wysapał i wystartował do mnie z łapami. Odepchnąłem go tak, że potknął się o korzeń drzewa. Niechcący.
Dotarło do mnie że Penny stała tuż obok i przyglądała się całemu zajściu. Była chyba bardziej zdezorientowana ode mnie. Tymczasem mój rywal podniósł się na nogi i zasadził mi kopa w brzuch. Jęknąłem. Nie mogąc się już powstrzymać przypieprzyłem mu w pysk.
- Koniec! Przestańcie! – krzyknęła dziewczyna i nie zważywszy na nic stanęła pomiędzy nami. Z bliska wygląda jeszcze lepiej. A jak ładnie pachnie…
- Może ktoś wyjaśni mi co się tu dzieje? – spojrzała po nas, jednak nie udało mi się zatrzymać jej wzroku na dłużej. Kiedy tak na mnie zerkała, to zaraz odwracała się w przeciwną stronę. To urocze. Kurewsko urocze. Byłem pewny, że coś jest na rzeczy. – Powariowaliście? Nagle zabrakło wam języka?! – wrzasnęła i rozłożyła bezradnie smukłe ręce.
- Shelly, ja ci wszystko wytłumaczę – ocknął się Jason. – On chciał mi ciebie odebrać. Ktoś chciał nam znowu przeszkodzić. Zdenerwowałem się. Chcę byś była przy mnie, żebyśmy byli razem… - mamrotał coś niewyraźnie. Przetarł ręką nos, a po chwili na palcach zauważył krew.
- Ty gnoju! – z takim wyzwiskiem na mnie ruszył. Oberwałem, owszem. Ale warto było. Warto było się poświęcić, by potem móc w swoimi ramionami osłonić kobietę. To już nie moja wina, że wpadła prosto w nie! Ja ją tylko złapałem, a nieuwaga tego gbura i to, że prawie się przez niego przewróciła to drugie. Na szyi czułem jej nierytmiczny oddech, a szmaragdowe oczy dotąd tylko na mnie zerkające, teraz spod długich rzęs trwały w spojrzeniu z moimi. Szepnęła 'dziękuję' roztrzęsionym głosem i zwinnie obróciła się na pięcie w stronę osłupiałego Jason’a.
- Przepraszam, ni… Już dawno chciałem, żebyśmy... - wymamrotał, usiłując zrobić krok. Mitch jak na razie skutecznie trzymał go w miejscu, a wokół nas zaczęła zbierać się spora grupka gapiów.
- Ty zakłamany kretynie! – wybuchnęła długowłosa. – Jak możesz?! Nie jestem twoją własnością, uświadom to sobie wreszcie, bo już nie mam siły na te dramaty! Nie uwiążesz mnie na smyczy, rozumiesz? Tak myślałeś, ale nikt nie będzie się mną bawił, do cholery! – była tak wściekła, że jej twarz momentalnie zrobiła się czerwona. Oczy zaszły jej łzami. Nie dopuszczała do słowa chłopaka. W końcu doszło do tego, że zaczęli się przekrzykiwać. Usłyszałem jej przykre i krwawe pożegnanie z ciemnowłosym, kilka wyzwisk, które doprowadziły do rozwścieczenia agresora i podniesienia ręki na dziewczynę. Natychmiast odciągnąłem ją od niego, a w zamian dostałem kilka kuksańców. Przybiegli chyba jacyś nauczyciele. Wtedy Shelly skinęła do mnie głową i energicznym krokiem opuściła to miejsce. Poszedłem za nią. Szybko ją dogoniłem.
- Nie pomyślałbym, że tak potrafisz – wydukałem niepewnie, nawet nie zastanawiając się, gdzie tak biegniemy. To było tak szalone, że nie mogłoby mi się nie spodobać.
- Tak? - uśmiechnęła się do mnie szczerze. - Z resztą… ja też sama bym się tego po sobie nie spodziewała – pokręciła głową, śmiejąc się z niedowierzaniem. Zwolniła krok. Znaleźliśmy się na parkingu. Wyjęła klucze z kieszeni krótkich szortów i odszukała motocykl, który po chwili uwodzicielsko zamruczał.
- Wsiadasz, czy nie? – rzuciła i powoli podjechała do mnie, jakby dawała mi czas do namysłu. Może dobrze się stało, bo wymyśliłem coś racjonalnego.
- Jeśli oddasz mi kluczyki – mrugnąłem do drobnej szatynki, a ta ciężko westchnęła.
– Jeszcze nikt mi tego nie mówił.
