wtorek, 23 czerwca 2015

Prologue

Zapach ogarniający cały ten budynek powoli docierał do mnie docierał. Przesiąkały nim moje ubrania i wspomnienia z ostatnich trzech lat. Znałam go dobrze. Prawie na pamięć, bez większego zastanowienia wskoczyłam na schodki wykonane z marmurowych kafelków, po czym otworzyłam drzwi masywnej budowli. Moim niebieskim oczom ukazały się korytarze wyłożone sztucznie połyskującym gumolitem, parapety oblegane przez znajome mi twarze oraz wyblakłe, ale idealnie wygładzone ściany. Westchnęłam ciężko i przystanęłam naprzeciwko tablicy ogłoszeń. Błądziłam wzrokiem po tekście, jednak nic nie było w stanie wyrwać mnie z poddenerwowanego nastroju. Odwróciłam się na pięcie i ku mojemu zadowoleniu znalazłam wolną ławkę. Usiadłam na niej, podwinęłam nogę pod brodę, przymknęłam powieki, po czym oddałam się refleksjom. Nie trwało to jednak długo, gdyż z zamyślenia wyrwał mnie drażniący dźwięk dzwonka, który, oczywiście, przyprawił mnie o przyspieszenie bicia serca. Pokręciłam drwiąco głową i udałam się schodami na najwyższe piętro. Aby się tam dostać, trzeba było dostać niezły wycisk. Wydając oznaki zmęczenia w postaci ciężkiego sapania, osunęłam się po ścianie na końcu korytarza i otwarłam moją torbę. Wydobyłam z niej duży zeszyt, po czym zaczęłam oglądać jedną z jego stron. Dobijało mnie to, że nie widziałam w tych tych bazgrołach nic sensownego, ale mniejsza z tym. Bo nie to było teraz najważniejsze. Chciałam po prostu przestać dręczyć się myślami wczorajszego wieczora i zająć się czymś innym, lecz nic nie pomagało. A może byłam po prostu przewrażliwiona? Nie, nie do cholery! Przecież chodziło o najbliższą mi osobę! Byłam roztrzęsiona. Ścisnęłam mocniej zapisane niezdarnie kartki i walczyłam z łzami, by te nie popłynęły mi po policzkach. Nic nie było tak łatwe, jak jeszcze wydawało mi się te trzy cholerne lata temu. Myślałam wtedy, że jakoś dam radę, jednak gdy sprawy zaczęły się komplikować nic już nie jest pewne. Może wtedy byłam nieco bardziej odpowiedzialna? A teraz? Teraz jestem rozdarta, rozchwiana, niepewna. Mam niby pewne plany na przyszłość,ale  nie wiem czy w ogóle watro truć sobie głowę. Bo najpierw muszę zdać pieprzony egzamin dojrzałości. Bo aby cokolwiek zrobić, trzeba zdać maturę. Jednak w tej chwili, teraz nie będzie to łatwe... Wpatrywałam się w bladą ścianę naprzeciwko siebie i przymknęłam oczy. Siedziałam tak zadumana, kiedy nagle drgnęłam, czując ciepło na swoich powiekach.
- Zgadnij kto to - zabrzmiał głos mojego kumpla, który jak zwykle się wydurniał. Ten to ma idealne wyczucie sytuacji.
- Jason, odpuść - uśmiechnęłam się mimo woli i nakryłam jego dłonie moimi, po czym odlepiłam je od siebie. - Naprawdę nie do wiary, że stać cię na takie wygłupy - westchnęłam, posyłając brunetowi mordercze spojrzenie.
- To się właśnie nazywa humor - oznajmił, po czym usadowił się koło mnie. Lustrował dokładnie moją twarz, wyczuwając emocje, które kotłowały się we mnie bardziej z każdą chwilą. Bo każda chwila przywodziła na myśl nowe pytania, nowy bieg wydarzeń, nowe znienawidzenie i poczucie winy... Chłopak objął mnie ramieniem, a ja bez zawahania się w niego wtuliłam. Chciałam, żeby ktoś był moim schronieniem. Tymczasowym, ale jednak.
- Chyba chciałeś powiedzieć humor nie na miejscu - odparłam zgryźliwie, po czym nastał moment przerażającej, grobowej ciszy. Zwykle cisza nie była mi straszna, zamilknąć z kimś, mając świadomość, że rozmawia się tylko o rzeczach istotnych, a nie o żadnych pierdołach to czysta przyjemność. Taka cisza buduje. Uniosłam swój szatynowy łeb i spojrzałam na Jason'a, biorąc głęboki wdech , aż wreszcie to z siebie wydusiłam - Cc-co z nim?
- Jest w szpitalu - mocniej przycisnął mnie do siebie. - Lekarze mówią, że z tego wyjdzie... Nic takiego mu w zasadzie nie jest - mówił to z cholernym przejęciem, wpatrując się w moje błękitne oczy, tak jakby szukał w nich choć odrobiny spokoju. Nie było go tam.
- ...ale? - czułam, że nie dokończył swojej wypowiedzi. Złapałam go  kurczowo za rękę i zacisnęłam zęby.
- Możemy mieć problemy - syknął, po czym wplótł palce w swoje kręcone brąz włosy i schował głowę pomiędzy kolana.
- Przecież będzie dobrze, Jas - powiedziałam, jednak dało wyczuć się przeważający brak przekonania. - Musi być.
Siedzieliśmy tak objęci, zastanawiając się co dalej. Nie mogłam sobie tego darować! Dopuścić się takiego niedopilnowania i narazić przy tym nie tylko siebie, ale i brata - tego szesnastoletniego szczeniaka, Brad'a, któremu zachciało się spróbować zakazanego owocu? Chciało mi się wyć, zerwać się z lekcji i pojechać do tego cholernego szpitala... ale trzeba było zachowywać pozory. Przeważnie byliśmy "czyści" i nikt nic do nas nie miał, a to dlatego, że kryłam całej paczce dupy swoimi nie najgorszymi ocenami i niczego sobie opinią. Ale jeden telefon do rodziców od szanownych profesorków wystarczyłby, by przekreślić dopływ kasy, samodzielne życie, a tym samym moją dalszą karierę edukacyjną, na której mi jednak zależało i budziło to podziw bądź zdziwienie rówieśników. Cóż, teraz tylko jedno jest pewne - rodzice nie dadzą mi żyć. 
Oboje wymieniliśmy koślawe uśmiechy, w których pozostawała wciąż nadzieja. Ale nadzieja? Nadzieja matką głupich. Jednak chyba nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przecież każda matka kocha swoje dzieci, nie?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz