Your wounds will heal someday
This I know
But I am restless and so torn
Mama, I can't stay here anymore
This I know
But I am restless and so torn
Mama, I can't stay here anymore
Skoro świt zerwałam się z łóżka i z prędkością światła wyskoczyłam ze swojej flanelowej piżamy. Narzuciłam na siebie kilka łaszków, po czym machinalnie owinęłam się samodzielnie kiedyś uszytym szaroburym swetrem. Na boso pomaszerowałam do niewielkich rozmiarów łazienki, by ogarnąć w miarę przyzwoicie moje, żyjące własnym życiem, szatynowe włosy. Następnie pokierowałam się w stronę lodówki, a patrząc w jej wnętrze prychnęłam tylko i wyciągnęłam karton z mlekiem. Zerknęłam na niepozmywane naczynia, na całe to zaniedbane (co prawda od niedawna) mieszkanie i westchnęłam ciężko. A wszystko to było moją cholerną winą. Kilka dużych łyków zimnego płynu natychmiast mnie orzeźwiło. Odłożywszy pojemnik na miejsce, zamknęłam drzwi, a z drewnianego narożnika w korytarzu porwałam czarną torebkę z frędzlami i włożyłam do niej klucze. Na nogi wsunęłam ciemnobrązowe botki na grubym obcasie i zamykając za sobą drzwi, opuściłam mieszkanie.
Opatuliłam się szczelniej bluzą, gdyż poranne, kłujące powietrze nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Słońce powoli, jakby od niechcenia wychylało swoje promyki, które aż prosiły się o chwilę podziwu. Rozczulając się, przymknęłam powieki i pozwoliłam jarzącemu się blaskowi choć trochę ogrzać moją twarz. Ocknęłam się i kolejne dziesięć minut zasuwałam na przystanek autobusowy. Nie miałam zielonego pojęcia o rozkładzie i godzinach jazdy, no ale co w tym dziwnego, gdy na każde moje skinienie Jason i jego czarna bestia byli w pełnej gotowości mnie gdziekolwiek podrzucić. Hm, ale nie tym razem. Nie będę go tak podle wykorzystywać. Moim oczom ukazał się wreszcie przystanek. Ogarnęłam całą tę rozpiskę i okazało się, że do odjazdu miałam jeszcze 15 dobrych minut. Usiadłam więc na ławeczce, a myślom nie było końca.
Zaczęło się niewinnie. Piątkowe popołudnie, wracam do mieszkania i szykuję się na wyjście. Wcześniej wykonuję oczywiście szereg rzeczy związanych ze sprawdzeniem Młodego. A ten oczywiście dzień jak co dzień nie jest głodny, nie dostał żadnej szmaty i nie pobił się z kolegami. Robię mu coś do jedzenia i gadamy o wszystkim. Młody doskonale wie, że w piątkowe popołudnia czasami zdarza mi się gdzieś wyjść na dłużej, więc co piątek truje mi, że przecież jest już prawie dorosły i może ze mną iść. Ha, wyrobił się, bo nie daje się już nabrać na rzekome "babskie wypady". Chyba odkąd poczuł ode mnie mieszankę dziwnych zapachów i nieprzyzwoicie wyglądający makijaż nad ranem, to rozkminił, że coś jest na rzeczy. Mądrala zagroził, że powie mamie, co wyczyniam. Uległam. Wcześniej dostał kazanie na temat zachowania się pośród moich znajomych. Nie pij, nie pal, nie zagaduj. Najlepiej udawaj, że cię nie ma i idź sprawdzić gdzie jesteś. Myślicie, że buntowniczy szesnastolatek, którym od trzech lat opiekuje się siostra, którego rodzice odwiedzają co miesiąc czy rzadziej, który ma poczucie winy, któremu brak matki i który był trzymany pod kurewskim kloszem, wziął sobie do serca moje słowa? Jeśli tak, to znaczy, że jesteście w błędzie. A jeśli nie, to punkt dla was, macie pieprzoną rację.
Autobus. Zabrał mnie pod sam szpital. Cholera, jak bałam się tam wejść. Toczyłam wewnętrzną bitwę. Nie wiedziałam co z Młodym. Ale muszę sobie poradzić. Przecież muszę. Nie ma innego, kurwa, wyjścia. Podświadomie wiedziałam, że naruszyłam swoje własne nakazy sumienia. Chciałam pomóc Młodemu się wyszaleć, ale... to zaszło za daleko. Z nerwów aż ugryzłam się w język i jęknęłam z bólu. Zauważywszy kiosk, wleciałam do niego jak oszalała i czym prędzej kupiłam jakieś komiksy, wodę mineralną i cukierki musujące, którą tak bardzo lubił Brad.
- Reszty nie trzeba - rzuciłam na odchodne, mając przed sobą zszokowaną twarz ekspedientki. No cóż, sądząc po jej grymasie nie wyglądałam zbyt normalnie.
Starając się uspokoić oddech, czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Spojrzałam w przejrzyste, nieskalane niebo i wraz z falą przypływu spokoju, który zesłał ten błogi obrazek, ruszyłam przed siebie. Minęłam uroczy park, gdzie czas mogli spędzać pacjenci i podgwizdujących panów ratowników, pytających mnie czy czasami nie potrzebuję pomocy. Och, naprawdę ze mną tak źle?
Gdy dotarłam do drzwi budynku, zatrzymałam się i trzęsącymi rękoma poprawiłam upięcie moich włosów, które, jakby do tego nieprzyzwyczajone, starały się wydostać spod ucisku klamerki. Odetchnęłam i o mało nie zeszłam, gdy w drzwiach zobaczyłam rozwrzeszczanego, przepychającego się dzieciaka, nad którym próbował zapanować doktor.
- Nie! - rozległ się wrzask na całą poczekalnię, a ja o mało nie wybuchnęłam śmiechem. W kogo on się wdał? Bo na pewno nie we mnie!
- Brad, zrozum tylko, że... - zaczął spokojnym głosem doktor Collins.
- Że co? Może chce pan mnie przekupić naklejką dzielnego pacjenta? - wywinął usta w drwiącym uśmiechu, po czym spoważniał. - Doktorze, mam prawie siedemnaście lat, nie mogę leżeć na normalnym oddziale?
- Dobra, chłopie, przekonałeś mnie - uśmiechnęła się postać w białym fartuchu, pokiwawszy wcześniej kędzierzawą czupryną.- Chyba znajdzie się coś dla ciebie - sapnął zmordowany.
- Z nami też da się dogadać - zaśmiał się zwycięsko Brad i w charakterystyczny dla siebie sposób przeczesał włosy.
- Zaczekaj tu - rozkazał lekarz i objął urwisa ramieniem. - Zaraz jakaś ładna pani pielęgniarka po ciebie przyjdzie - roześmiał się, po czym udał się w bliżej nieokreślone miejsce.
- Shellyyy! - krzyknął Młody, łaskawie mnie zauważając.
Cały stres momentalnie opuścił moje ciało. Teraz czułam tylko radość z tego, że Brad ma aż na tyle sił, by awanturować się o przyzwoite traktowanie go. Ten widok rozładował całe to pulsujące napięcie i wszechogarniającą aurę niepewności. Po tym, co się zdarzyło tamtej piątkowej nocy, nasza przyszłość - moja i Brad'a - wisiała na nitce, którą w każdej chwili mógł zerwać los. Mimo to, teraz też byliśmy w totalnej dupie, ale nie aż tak ciemnej, by nie dostrzec światełka nadziei.
- Brad! - zawołałam drżącym głosem i prawie osłupiałam, gdy po szaleńczym sprincie w moją stronę, Młody objął mnie mocno w pasie tak, jakby nie widział mnie przez parę lat. Uśmiechając się żałośnie, zmierzwiłam jego włosy i trwaliśmy tak w rozczulającym, bratersko-siostrzanym uścisku.
- Dobra. A teraz powiedz mi, czy wszystko gra? - wyszeptałam i skłoniłam go, by patrzył mi prosto w oczy.
- Jak widzisz żyję - oznajmił poważnie, po czym prychnął śmiechem.
Przewróciłam oczami i zacisnęłam zęby. Mój brat to kolejny przypadek poczucia czarnego humoru.
- Zanim wybuchniesz, to chodź, usiądziemy - posłał mi uśmiech i zaprowadził do szpitalnego bufetu. Siedliśmy przy pierwszym lepszym stoliku.
- Zamieniam się w słuch - powiedziałam.
- Po pierwsze to udupili mnie na oddziale dziecięcym i o mało nie zwariowałem - tłumaczył.
- Zdążyłam zauważyć - uniosłam kąciki ust.
- Po pierwsze to udupili mnie na oddziale dziecięcym i o mało nie zwariowałem - tłumaczył.
- Zdążyłam zauważyć - uniosłam kąciki ust.
- A po drugie, jest parę rzeczy, o których musisz wiedzieć - zaczął, spoglądając na mnie spode łba. - Po pierwsze, robili mi multum badań, pobrali krew, więc chyba nie ominą nas nieprzyjemności... - syknął, a ja, starając się nie wyprowadzić z równowagi, pozwoliłam Brado'wi kontynuować. - I... przepraszam. Przepraszam, za to, że wszystko schrzaniłem. Ale... samo tak jakoś poszło, nie mam pojęcia, Shelly, nie wiem, co mi odbiło. Pomyślałem, że nic się nie stanie jak wypiję jeszcze jednego shot'a, no... i zapalę jakieś gówno. Przepraszam - powtórzył, a na jego śniadej twarzy wymalowała się skrucha. - Najbardziej żałuję, że nadszarpnąłem Twoje zaufanie.
No proszę, jak wychowałam Młodego! Tak naprawdę to mieliśmy tylko siebie. Byłam jego powierniczką, siostrą-dobrą radą, siostrą, na którą może liczyć. Podobny stosunek ja miałam do Brad'a - mówiłam mu o wielu rzeczach i mogłam cieszyć się jego pomocą. Poznaliśmy się tak dobrze, że rozumieliśmy się bez słów. To jest właśnie piękne, a więzy krwi tylko potęgują naszą relację. Zła mogę być tylko na siebie, bo to mnie nagle coś odwaliło, zaczęłam kręcić się po domówkach, klubach i innych takich miejscach, nie przejmując się tego skutkami.
- Przeprosiny przyjęte - mruknęłam, zgrywając niewzruszoną. - A po trzecie?
- A po trzecie: starzy zamierzają zrobić nam nalot. Wiedzą oczywiście, gdzie wylądowałem. Dzwonili do nich, słyszałem nawet. Tak czy siak, załagodzą sprawę.
Załagodzą. O tak. To przecież ich specjalność. Poświęcili dla tego przecież nie tylko lata na studiach, ale też czas na kursy i staże, życie prywatne i... nas. To bolało. Jak jasna cholera. Jednak okazało się to kwestią przyzwyczajenia. Kochali pracę ponad wszystko. A może trafniejszym stwierdzeniem byłoby, że pieniądze odegrały główną rolę. Oboje, matka i ojciec, mieli bzika na tym punkcie. Liczył się luksus, wystawne kolacyjki, samochody, nieposzlakowana opinia. No właśnie. Ich kurewska reputacja. Mama prawnik, tata chirurg. Ta chora ambicja nie mogła pozwolić na takie coś jak dojrzewające niesforne bachory, które, nie daj Boże, nabrudzą w aktach i odstraszą potencjalnych klientów. Oboje pracowali do późnych godzin wieczornych, a opiekunka już dawno przestała być nam potrzebna. Po części to był mój pomysł, z tą przeprowadzką. Zgoda rodziców była chyba kwestią czasu. Tym oto sposobem ja i Brad znaleźliśmy się tutaj - w New Jersey. Początkowo, gdy zaczęłam chodzić do liceum w nowym mieście, mieszkaliśmy z ciotką Mary. Ledwo ją znaliśmy, ale okazała się całkiem miłą starszą panią. Gdy wielkimi krokami zbliżała się moje osiemnaste urodziny, rodzice wynajęli mi mieszkanie w centrum. Nie mogłam więc narzekać. Ale mimo wszystko nie mogłam też pogodzić z tym, że wpadali kilka razy w miesiącu i sprawdzali czy wszystko w porządku. Z perspektywy czasu, to był kompletnie poroniony pomysł i układ, a ilekroć ich widywałam, odczuwałam szczerą nienawiść i smutek.
- Brad - powiedziałam, podpierając się na ręce i próbując na nowo poukładać sobie wszystko w głowie. - Powinieneś podziękować Jason'owi.
- Wiem przecież - uśmiechnął się krzywo. - Dobrze, że był tam wtedy.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz