niedziela, 19 lipca 2015

Gimme something for the rain

Give me something for the rain
Give me something I can use
To get me through the night
Make me feel all right,
Something like you


Dwie następne godziny minęły mi w szpitalu w większości na rozmowie z bratem, zaś w mniejszej części z doktorem Collins'em. Powiedział mi, że zrobili Młodemu płukanie żołądka i jeszcze jakieś inne badania, których nazwy nie potrafię powtórzyć. Aż mnie ściskało, że dzieciak musiał przechodzić przez takie gówno, ale były też plusy tej całej sytuacji - zaznał prawdziwego życia, wszyscy tego zaznaliśmy. Poczuliśmy ten klimat. Toksyczny, przeszywający od środka bezlitosny klimat. A propos ten cały Collins to bardzo ogarnięty człowiek, nie pierdolił mi bez sensu o konsekwencjach tego, co się wydarzyło i nie wygłaszał przemądrzałych kazań. Możliwe, że był już po prostu oswojony z takimi przypadkami i to dla niego szara codzienność bądź zauważył, że znam się na rzeczy. Co nieco wiedziałam o tym, jak działają różne specyfiki na organizm. Jednak samej nie ciągnęło mnie do tego w takim stopniu jak innych. Obserwowałam tylko jak nieliczni z moich znajomych odlatują i wpadają w trans, by potem dać się pokroić za działkę czy flaszkę alkoholu.
Wychodząc ze szpitala St. Mary's odczułam ulgę. Bycie za kogoś odpowiedzialnym to sprawa więcej niż poważna. Ale gdy jesteś za kogoś odpowiedzialny nie tylko z obowiązku nabiera to całkiem innego wymiaru.
- Czeeeść! - rzekł osobnik, wylegujący się w promieniach słońca na idealnie przyciętym trawniku. Moja twarz przybrała wyraz niedowierzania, jednak natychmiast rozjaśnił ją uśmiech.
- Śledzisz mnie? - zmarszczyłam brwi, po czym spuściłam wzrok na chodnik i skierowałam się w stronę rozmówcy.
- Nie było cię w domu, więc pomyślałem, że będziesz tutaj - szybko się usprawiedliwił i podniósł się z kurtki, na której siedział.
- Jestem - zatrzepotałam rzęsami, po czym zbliżyłam się do niego tak, że mogliśmy patrzeć sobie prosto w oczy. Cholera, jak on to robi, że sama jego obecność rozładowuje napięcie. Cały Jas. Dystans między nami znów się zmniejszył, zarzuciłam mu ręce na szyję i przytuliłam, szepcąc do ucha: 
- Dziękuję.
To jedyne, co przychodziło mi do głowy. Nie dość, że było mi wstyd, to miałam jeszcze u Jason'a dług wdzięczności. To on zabrał Brad'a do szpitala, to on panował nad całą sytuacją, to on wszystko ogarnął, gdy ja, będąc na haju zdychałam w kącie, w nikotynowych oparach.
- Rose, dla ciebie zawsze, przecież wiesz - powiedział półszeptem, gładząc moje włosy. Uderzyło mnie to, co powiedział, choć od dawna podświadomie tak myślałam. I nawet mi się to podobało. Podobała mi się też ta bezskuteczna rywalizacja, którą toczył z Tommy'm. Lubiłam jak sobie nawzajem docinają, a jednocześnie są najlepszymi kuplami, którym podoba się ta sama kobieta. Tą kobietą byłam ja. Zabawne, że moja natura nie dopuszczała bliżej żadnego z nich.
Zawadiacko się uśmiechając, ręką powędrowałam do kieszeni wytartych jeansów bruneta i delikatnie złapałam interesujący mnie przedmiot. Uniosłam głowę znad jego ramienia i pomachałam mu kluczykiem przed oczami.
- Nie, nie tym razem, nie psuj tego - jęknął, zaciskając ręce wokół mojej talii.
- Nic z tego - wrzasnęłam zadowolona i wyrwałam się z jego ramion. Wiatr rozwiewał mi włosy, gdy biegłam na parking, gdzie zaparkowana stała śliczna Yamaha, a dokładniej model XT 600E, mojego przyjaciela. Zanim on sam zdążył tu dobiec, ja siedziałam już na motorze, wsłuchując się w przyjemne mruczenie maszyny.
- Nie nadążam za tobą! - westchnął roztargniony, delektując się widokiem cudnego pojazdu.
- Nikt nie nadąża - posłałam mu uśmiech, po czym posłusznie musiałam oddać klucze i przesiąść się na miejsce pasażera, bo Jas stwierdził, że pod żadnym pozorem nie da mi prowadzić, a tym bardziej nie pozwoli wozić siebie i jego męskiej dumy.
Po półgodzinnej przejażdżce byłam już w domu. Wiedziałam, że czeka mnie poważna wizyta i równie ważna rozmowa. Zważywszy więc na to, żwawo zabrałam się do ogarniania mieszkania. Na początek doprowadziłam kuchnię do błysku, a później całą resztę. Okazało się nawet, że nie było aż tak źle jak myślałam, że będzie. Po wypucowaniu mieszkania nalałam sobie szklankę soku pomarańczowego i wyszłam na balkon. Wskoczyłam na parapet, a jedyną rzeczą, o której myślałam była ta sama śpiewka, którą serwowali mi rodzice. Najbardziej w tym wszystkim było mi szkoda Brad'a. Zastanawiałam się też, jak wybrnę z tego, co się stało. Ale, cholera, czy nie są sobie sami tego winni? Albo znów zrzucam winę na wszystkich tylko nie na siebie...
Kiedy ostatnia kropla soku utonęła w moich ustach, udałam się do swojego pokoju i zabrałam ze sobą książkę do matematyki, której tak bardzo nie znosiłam i nie widziałam najmniejszego sensu w uczeniu się jej. Jednak, co ja mogę, mus to mus, zdam to znienawidzone pieprzone gówno. Wróciłam w poprzednie miejsce i próbowałam rozwiązywać równania i kreślić jakieś linie na wykresach. Iście fascynujące. Tym bardziej większe było moje zaskoczenie, gdy raz za razem udawało mi się uzyskać odpowiedni wynik. Wyjrzałam zza książki i moim oczom ukazał się dobrze znany bordowy Thunderbird. Lada chwila usłyszałam dzwonek do drzwi. Zobaczyłam w nich nie kogoś innego jak tatę.
- Cześć, wejdź – skinęłam głową, zasuwając zamek. Uśmiechnęłam się w myślach, gdy zobaczyłam rodziciela w normalniej koszulce, a jeszcze lepiej w t-shircie z logo Beatelsów, a nie w sztywnej koszuli, z teczką w ręce.
- Shelly, kochanie, wiem, co się stało - jakoś trzeba było zacząć. Obdarzyłam ojca chłodnym spojrzeniem. Poszedł za mną do pokoju. - Rozumiem to i wcale nie mam żadnych pretensji. Młodość ma swoje prawa, owszem, ale oboje wiemy jak to się mogło skończyć.
- Jestem tylko człowiekiem, tato – skwitowałam i położyłam na stoliku filiżanki z kawą. - Nie znam kodeksu wykroczeń na pamięć, nie wiem co mi grozi - powiedziałam z drwiącym uśmiechem, jednocześnie pobłażliwie spoglądając na tatę, który pokiwał głową.
- I chyba nie chcesz wiedzieć - uśmiechnął się i gestem nakazał usiąść obok siebie. Prychnęłam i odwzajemniłam uśmiech, a ojciec dobrze wiedział, że nie pójdę w  ślady matki-prawniczki.
- Wiem, że masz żal – wydusił pod wpływem mojego spojrzenia.
- Najbardziej chodzi mi o Brad’a. To jeszcze dzieciak. Trudno mu było się odnaleźć.
Przecież gdy wyjechaliśmy do zupełnie innego stanu, jakim było New Jersey, brat miał dopiero trzynaście lat. Nie myślałam, że nasze wybryki, moje i Brad'a, mogłyby zaszkodzić reputacji rodziców, ludzi sukcesu. Oprócz głośnego słuchania muzyki z winylów taty, przemycania pod ubraniami nowych płyt, a czasami ich nielegalnego przegrywania i zapalenia pierwszego papierosa, nic takiego wtedy, w Filadelfii, nie robiłam. Brad za to sprawiał więcej problemów wychowawczych, zdarzyły się nawet bójki w szkole. W pewnym momencie życia przestałam rozumieć moje otoczenie, rówieśników, rozmowy bez polotu, jałowe godziny przelatujące przez palce. Dlatego w dużym stopniu to ja naciskałam na wyjazd do Jersey. I nie było mi żal. Przyświecała mi zachęcająca wizja samodzielności.
- Chciałem, żeby był… jak najdalej problemów – powiedział, spuszczając wzrok. - Prędzej czy później Brad musiałby się zmierzyć z trudnymi wyborami. Myślałem, że to go umocni… że was umocni. Choć trochę.
O czym ty pierdolisz?
- A trochę jaśniej? – odpowiedziałam pytaniem, bo nic nie rozumiałam z jego monologu. Ale po ojcu mogłam spodziewać się wielu rzeczy, w młodości był taki jak ja. Kochał muzykę – jak ja, kochał wolność – jak ja, kochał swych idoli – jak ja. Kiedy poznał moją rodzicielkę, Spencer, bo tak ma na imię, starał się ustatkować i wrócił na studia (ufundowane przez firmę mama Mary, a moja babcia), które kiedyś znienacka przerwał, gdy poczuł zew wyzwolenia. Skończył je, bo posiadał nieprzeciętną pamięć i łatwość uczenia się. Zdobył mamę i oboje topiąc się w luksusie, spłodzili mnie – owoc wzajemnej miłości, który nazwali Shelly. Ale i tak w tym cyrku najśmieszniejsze jest to, że tata widział we mnie swoje odbicie, przed którym nieudolnie próbował się bronić.
- Shelly – zwrócił ciało ku mnie i chwycił mnie za rękę. Wolną dłonią przetarł twarz, na której rodził się smutek targający niepokojem. - Kurwa mać – zaklął ku mojemu zdziwieniu – normalnie nie wiem jak ci to powiedzieć. Shelly, Boże, odwrócisz się ode mnie.
- Spencer, o co chodzi? – odrzekłam spokojnym, aczkolwiek zdumionym głosem i odłożyłam filiżankę na mebel. Lubiłam mówić do taty po imieniu, a on nigdy nie protestował. Jednak czułam teraz rosnące emocje przed wielką niewiadomą.
- Wysłuchaj mnie, po kolei… - wydusił sparaliżowany, nie puszczając mojej dłoni. Wydawało mi się, że tata zaraz zapadnie się pod ziemię lub zejdzie żywcem. Pomyślałam, że jakoś warto by rozluźnić atmosferę…
- Daddy’s girl learned fast all those things he couldn’t say – zanuciłam fragment utworu z debiutanckiego krążka rockowej grupy z New Jersey. Zauważyłam na ustach taty promienny uśmiech. Nie dało się ukryć, że lubił jak śpiewam. - Przecież jestem twoją ukochaną córeczką, możesz mi wszystko powiedzieć, nie?
- Ale to cię nazbyt zrani… - wyszeptał z trudem i czule pogładził moją rękę.
Kochałam ojca miłością szczerą i prawdziwą, bo dał mi wszystko i zadbał o to, żebym czuła się jak jego księżniczka. Zapewnił mi dom, naukę na renomowanych uczelniach i nieustannie motywował mnie do pracy, nauki i rozwijania się. Poza tym skazany był mi opowiedzieć o płytach, które należały do niego, a które ja kiedyś odnalazłam zakurzone na strychu. Jeszcze pamiętam jak mozolnie się do tego zabierał – tak, jakby nie chciał odkopywać dawnych wspomnień.
- Daj spokój, jestem twarda – oznajmiłam by dodać tacie otuchy.
- Nie wiem od czego zacząć… - plątał się w myślach.
- Od początku.
- No dobrze – odrzekł i nabrał powietrza w płuca. – Kiedyś się zakochałem. 
No to będzie ciekawie... Love story ojca.
- Boże, na zabój! Dla niej rzuciłem wszystko, pojechałem do Kalifornii. I nie tylko. Jechaliśmy tam, gdzie zapragnęła. Była jakby oderwana od rzeczywistości. Wolnoduch. Zależało jej tylko na tych pieprzonych festiwalach. Tańczyła do muzyki, którą grały te kapele, robiła tyle rzeczy... Uwielbiała to - westchnął. - Czasami jej nie rozumiałem. Mimo to bardzo się kochaliśmy, byliśmy młodzi... i naiwni. Jednak nie zawsze było tak uroczo, bo nieustannie potrafiliśmy się kłócić i krzywdzić. Ale ona taka właśnie była – wybuchowa, ale czarująca. Na imię jej Yvonne – zreferował, po czym wyciągnął z kieszeni fotografię kobiety, którą następnie mi wręczył.
- Piękna – stwierdziłam po dłuższej chwili wpatrywania się w oblicze nieznanej, aczkolwiek przepięknej niewiasty. Urzekły mnie słowa wypowiedziane przez Spencer’a, byłam pod ogromnym wrażeniem i zastanawiało mnie dlaczego pozwolił Yvonne odejść, skoro tak bardzo ją kochał. Może miał dość sprzeczek i życia bez grosza przy duszy lub to ona miała dość i dała mu przysłowiowego kosza? Tymi pytaniami nieświadomie broniłam się przed burzą, która miała nadejść lada chwila.
- To twoja mama – walnął z grubej rury. Jego źrenice powiększyły się do rozmiarów kuli, którą właśnie we mnie wycelował. Ugodziła mnie prosto w serce.
A ja struchlałam. Odjęło mi mowę, a przed oczyma miałam zdjęcie ślicznej Yvonne. Uśmiechała się do mnie tak niewinnie. Ściskałam fotografię w dłoniach, czując jak zalewa je narastająca fala ciepła. Przez głowę przelatywało tysiąc pytań, na które nie znałam i może nie chciałam znać odpowiedzi. Gdzie jest, co robi, dlaczego to się wydarzyło… i czy w ogóle żyje…? Osłupiały wzrok podniosłam na tatę, który wcale nie wyglądał lepiej niż ja. W milczeniu trwaliśmy w spojrzeniu pełnym wzruszeń. Pustka, która ogarnęła ulicę była porównywalna z tą w mojej głowie. Bezskuteczne próby wypowiedzenia czegokolwiek zdały się na nic. Pociły mi się dłonie. Zaszklone oczy wirowały pomiędzy Nią a moim tatą. Czułam, że to za wiele.
- Należy ci się wyjaśnienie – wydukał żałośnie tata, a ja bez słowa wsłuchiwałam się w jego historię. Historię wolnej miłości, której owocem byłam ja.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz