wtorek, 4 sierpnia 2015

Black and Blue

Well, you never know when love will come
Hey! Better get it while you got it
Little bit o' everything, ooh, even when it hurts



Starałam się zrozumieć każde starannie dobrane słowo, które padło tamtego wieczora, który  bezlitośnie  zmienił się w noc. Siedziałam pod ścianą wbijając wzrok w wyblakły sufit, by za chwilę znów przenieść go na mężczyznę. Szukał słów, które, choć odrobinę, w jakiś nieodgadniony sposób pomagały mi się pozbierać. Rozumiałam dlaczego teraz, a nie wcześniej lub później – miałam prawie osiemnaście lat, a to do czegoś zobowiązywało. Pewne rzeczy trzeba było zrozumieć... A raczej fakty dokonane, przed którymi nas postawiono bez możliwości wyboru, trzeba było umieć przyjąć - po prostu, nie usiłując w nie ingerować.  
Sama nie wiedziałam jak się zachować. To mnie zmyliło, zbiło z tropu. Płakać? Nie, choć czułam jak pojedyncze łzy kręcą się w oku. Śmiać się - nie, bo z czego? Chyba z komizmu tego całego cyrku. Krzyczeć – a co by to dało…?   Czy miałam prawo odnieść wrażenie oszukanej? Myślałam, że tak. Poczułam jakby pewien ciężar ogarnął moje ciało i nie pozwalał mu ruszyć się z miejsca. Bum. Okazało się, że biologiczni rodzice po prostu, najzwyczajniej w świecie postanowili… się dogadać. Uznali, że lepiej dla mnie i dla całego świata, jeśli zamieszkam z tatą, który dostał dom w spadku po swoim ojcu. Postanowił się ogarnąć, więc wrócił do Filadelfii, podjął studia, znalazł pracę. Wcześniej wynajął matce swojego nienarodzonego dziecka mieszkanie, regularnie ją odwiedzał, dbał i pilnował, by Yvonne nie robiła głupstw. Po moich narodzinach sprawy się skomplikowały. Tata, oprócz opiekowania się mną - rozwrzeszczanym bachorem, zabiegał też  o względy kobiety, z którą chodził na zajęcia. Shirley. To ona mnie wychowała i zaakceptowała. Bo kochała też Spencer’a. Z nią chodziłam na zakupy, jej podbierałam kosmetyki, do niej miałam o wszystko pretensje. Mój bunt uśmierzał jej spokój, mój płacz – jej ramiona, a moja radość była jej szczęściem. Przez osiemnaście lat uważałam ją za kobietę, która mnie poczęła. Żyłam z nią w symbiozie, no, chociaż się starałam, ale czasami nie wychodziło. Jednak nigdy nie dała mi do zrozumienia, że aż tyle nas dzieli. Teraz dopiero zauważyłam jej złote serce, miłość i to, ile dla mnie robiła przez tyle lat. Mogłam się na nią wściekać i mieć ogromny żal, ale to ona mnie wychowała. Pękałam w środku. Mimo to, na tyle znałam Shirley, że wiedziałam, iż będzie bezwzględnie czegoś się domagać. Niestety, każdy ma swoje skazy. Ale to nie zostało mi bezpośrednio powiedziane. Podejrzewałam, że pod naciskiem Shirley albo taty lub Shirley, która wywarła presję na tacie, Yvonne zrzekła się praw rodzicielskich. Nawet nie wiem czy prawdziwa mama tego chciała, a jeśli nie, to na pewno nie miała do tego warunków ani pieniędzy na adwokata. Łudziłam się, że tak było. Nie chciałam usłyszeć, że tak po prostu mnie nie chciała, bo odebrałabym jej tą pierdoloną, upragnioną wolność... I tego nie usłyszałam. Spencer, nawet jeśliby tak naprawdę było, nie powiedziałby mi tego wprost. Za bardzo mnie kochał.  Słodki Panie, nie myślałam, że to takie trudne. Ogarniał mnie lęk. Panikowałam. Butelka wina. Czy ona o mnie myśli? Oczy tonęły we łzach, a muzyka cicho i mozolnie koiła cierpienie. Cała ta trójka była winna, ale nie wiem kto najbardziej. Jeszcze jeden łyk. I jeszcze raz. Spokojnie. Ostatnia kropla? No way. Zmień lepiej płytę.

Watch it bring you to your knees, knees
I wanna watch you bleed!

No przecież już krwawię, kurwa.

And when you’re high you never, ever wanna come down?

Ostatecznie znalazłam choć jeden pozytyw tej sytuacji - cieszyłam się, że byłam zwieńczeniem szalonej, gorącej miłości. Cóż, a wystarczyło tylko zmienić sposób patrzenia. Pewnie to przez wrzaski Rose’a. 
I ten napój. 
Albo to i to.
Pieprzyć.
Anything goes… tonight.
Wake up late
honey put on your clothes

Spóźnię się. Parsknęłam dzikim śmiechem i wygramoliłam się z łóżka. Nawet nie musiałam się przebierać. Spanie w ciuchach ma swój sens. Szczególnie wtedy, kiedy doprowadzisz się do stanu upojenia. Ale to nie w moim stylu. Nie pójdę do ludzi w styranych ubraniach, na których ślad zostawiły zdarzenia dnia poprzedniego. Odstroiłam się na nowo, umyłam znużoną twarz, a gdy zobaczyłam swoje mizerne odbicie w lustrze, westchnęłam. Natapirowałam włosy. A potem znów się roześmiałam. Miałam dosyć kalkulowania. Teraz zależy mi na tym, by choć na chwilę wyzbyć się złych emocji.
W drodze do szkoły przymusiłam się do zjedzenia jabłka, by jako tako funkcjonować. Wczoraj czasu na jedzenie zabrakło. Wczoraj. Tak. Stop, kurwa. Ptaszki śpiewają. Wysiadając z autobusu wolnym krokiem pomaszerowałam do klasy. Uznałam, że nie ma potrzeby wchodzić w środku lekcji i poczekałam dwadzieścia minut. Po upływie tego upragnionego przez wszystkich uczniów czasu, korytarze zawrzały.
- Siemasz – rzucił Mitchell, posyłając mi głupawy uśmiech.
- Hej, stary – odpowiedziałam, robiąc równie głupią minę.
- Panno Rose, tak nie przystoi – zaczął, przybierając pozę arystokraty. – Młoda dama powinna mieć pewne – odchrząknął – maniery.
- Daj mi spokój, kurwa – odpowiedziałam, śmiejąc się z niego. – Pani Hanks się wścieknie, jak się dowie.
- I tak nic ci nie zrobią.
- Czasami się zastanawiam, czy nie rodzice nie dali dyrektorowi w łapę – prychnęłam, po czym zauważyłam na twarzy Mitch’a rozbawienie.
- Przestań, sama sobie zapracowałaś na taką opinię – skwitował. – Jesteś mądra. I bystra.
- Jak woda w klozecie?
Mitch wykonał taki gest, jakby chciał mnie udusić. Wczorajsze wino chyba mnie jeszcze trzymało. Popatrzeliśmy po sobie, po czym równocześnie się zaśmialiśmy.
- Z czego się śmiejemy? – odezwał się Jas, szturchając Mitch’a, by ten się przesunął.
- Ze mnie i mojej pieprzonej błyskotliwości – odpowiedziałam, potrząsając głową.
Po chwili weszliśmy z chłopakami i resztą klasy do sali lekcyjnej numer 25. Pani Grey zamknęła za sobą drzwi.
- Już, cisza – rzekła oschle. – Muszę iść do wicedyrektora, zajmijcie się czymś. Albo nie – na te słowa dało się słyszeć jęk niezadowolenia uczniów. – Otwórzcie książkę na stronie dwieście piątej i zacznijcie czytać. Jak wrócę to porozmawiamy.
Z chwilą gdy Grey opuściła salę, w ruch poszły zwinięte w kulki papierki i głupie teksty. I pomyśleć, że wkraczamy w dojrzałość. A może oni mają rację? Trzeba korzystać do końca, dopóki można czuć się roztargnionym dzieciakiem. Każdy wie, że te chwile są tak nieczule ulotne.
- Hej, Shelly – ktoś stuknął mnie w plecy. – Masz zadanie?
- Z majzy?
- Mhm.
- Trzymaj – podałam zeszyt koleżance, wokół której momentalnie zebrała się grupka ludzi żerujących na mój zeszyt jak rekiny.
Nigdy mi się nie odwdzięczyły. I chyba tak się nie stanie. Zawsze mnie bolała ta niewdzięczność i znieczulica ludzka. To przecież takie przykre, gdy oferujesz komuś pomoc z dobrego serca, tłumaczysz zadania, a w zamian dostaniesz obgadywanie za plecami.
Nauczycielka wróciła, a zeszyt docierał do mnie z rąk do rąk. Grey rozdała kolejne ćwiczenia, które nieudolnie wyjaśniała. Robiła to tak, jakby miała dosyć i świata, i nas, i ludzi. W tej jej paplaninie dało się wyczuć wyrzut i pretensję. Męczyła przy tablicy jak zwykle Nev’a, ale ten co chwilę spoglądał to na mnie, to na Tom’a lub Debbie, więc jakoś dał radę.
Wychodząc z klasy na przerwę z premedytacją cofnęłam się do ławki Jason’a, bo widziałam, że na matmie usiłował coś pisać. Musiałam mu pomóc w otworzeniu się w twórczości. To było jak cel.
- Daj mi to – warknął, gdy przechwyciłam jego kartkę. – To nieskończone.
- Wiedz, że to ostatni raz, kiedy ci odpuszczam – zagroziłam i pociągnęłam go za sobą do wyjścia. - Pilnuj się.
- Lepiej ty pokaż mi te swoje mazgaje – uśmiechnął się cwaniacko i uniósł brwi.
- A co jeśli powiem, że są niedokończone? - rzuciłam, a po chwili zniknęłam mu z oczu, by obserwować fikuśne popisy rowerzystów i deskorolkarzy na szkolnym, małym, aczkolwiek uroczym boisku.
Po chwili znów popędziłam za przyjaciółmi po schodach na samą górę. Mitch i Jason po drodze co chwilę obijali gitary o ścianę. Prawdę mówiąc, to nie zdziwił mnie fakt, że postanowili razem grać. Prędzej czy później to by się stało. Ich pogrywanie wreszcie przerodziło się w coś zapowiadającego – jak mnie poinformowali. Zwinnie ich wyprzedziłam i rozejrzałam się, czy nauczyciel zdążył już przyjść. Hm, nigdy nie miał tego w nawyku. Był jednym z tych wykładowców, którzy przychodzili na zajęcia z kilkunastominutowym opóźnieniem i nie uważali, że to coś niewłaściwego.
Chłopacy właśnie uporali się z zapakowaniem gitar w pokrowce, kiedy profesor Moore i jego siwa grzywa wyłonili się zza ściany. Jak zwykle powitał wszystkich jasnym uśmiechem i niestarannie rozłożył papiery na biurku.
- Mam wasze sprawdziany – zaczął, przekrzykując zaaferowanych czymś deskorolkarzy. – Zdaję sobie sprawę, że niektórzy uznają to, co powiem za kolejny słaby banał, ale mam nadzieję, że zależy wam wszystkim na pozytywnym wyniku egzaminów końcowych – przysiadł na biurku, trzymając w rękach kartki wypocin klasowych. – Dlatego będę motywował was do pracy kartkówkami – oświadczył zachrypniętym głosem, a na dezaprobatę uczniów zareagował szczerym śmiechem. – Żartowałem. Postanowiłem, że w czwartki i piątki mogę zostać po godzinach i wałkować z wami materiał. Macie więc wolny wybór, zdecydujcie sami. Liczę na was!
Och, czy jego da się nie lubić? Wątpię, choć zawsze znajdą się wyjątki. On jeden przemawiał im do rozumu i traktował jak ludzi, a nie gówniarzy, których los jest mu całkowicie obojętny. Miał zupełnie inne podejście i przede wszystkim kochał to, co robi. A to jest przecież najważniejsze. Wtedy da się czuć tę pasję.
- Piątka z plusem, Penrose – rzekł promiennie profesor podchodząc do mojej ławki. – Dobra robota, ty cicha wodo!

Sebastian

Wiatr we włosach i uczucie swobody - tego właśnie brakowało mi od czasu tej tajemniczej sytuacji. Jadąc na rowerze mogłem  poczuć się choć trochę lżejszy, nieobciążony tępymi myślami. To stało się moim sposobem na wyluzowanie i relaks. Starałem się po prostu nabrać sił i oddechu, aczkolwiek coraz bardziej uświadamiałem sobie jak zły jestem - w dodatku na samego siebie. Promienie popołudniowego słońca padały na moją twarz. Bez celu przemykałem ulicami i uliczkami. Błądziłem tak, całkowicie odpuszczając sobie rozmyślanie. Kiedy dotarłem  do jakiegoś bliżej sobie nieokreślonego placu, zeskoczyłem z pojazdu. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że nie bez przyczyny zatrzymałem się właśnie tam. To dźwięki znanej melodii mnie tutaj przywiodły. Znałem ją tak dobrze, że stała się przyzwyczajeniem, nawykiem, nałogiem, codziennością. Moje uszy pieściło brzmienie muzyki, jednak największe wrażenie wywarł na mnie głos. Ku gwoli ścisłości - niewieści. Zaintrygowany postanowiłem dotrzeć do źródła dźwięku. Coraz wyraźniej słyszałem charakterystyczny riff utworu VH.


Don't draw the line!

Moim oczom ukazała się grupa młodych grajków z gitarami. Chyba są w moim wieku. Albo nawet młodsi. Siedzieli na prawie rozwalającym się murku, wyglądali na outsiderów. Nie pasowali do reszty dzieciaków, które kręciły się wokół. Mogłem to stwierdzić od tak. Widać było, że mają niezłą frajdę z muzykowania. Co prawda ich sprzęt nie był doskonały, ale technikę (jeśli ktoś twierdzi, że piosenka oparta na jednym riffie wymaga techniki) mieli niezłą jak na moje oko (a raczej ucho). Jednak, cholera, poczułem jak serce przyspiesza rytmu. Ten głos i ta dziewczyna kompletnie mnie oczarowały. Czułem jak grzęznę w piachu, a nogi nieposłusznie się zapadają. Taka piękna. A ty tkliwy, draniu. Nie zwlekałem dłużej - wypadłem nie wiadomo skąd i postanowiłem dołączyć do bratnich muzycznie duszy, zawodząc niczym syn boskiego Red Rocker'a kolejny wers utworu.
Co chwila wymienialiśmy między sobą porozumiewawcze uśmiechy, nie chcąc pozwolić chwili prysnąć. Nasz duet wokalny powalił na kolana. Tak czułem. Nieziemsko. To ta niesamowita synchronizacja, która samorzutnie przerodziła się w żywiołową improwizację i interakcję była magnetyzująca. Brakowało mi takiej świeżości. Chyba los chciał, bym w kieszeni znalazł harmonijkę. Nie zawahałem się jej użyć.  Gitarzyści szeroko się uśmiechając, przygrywali, również idąc na żywioł i na poczekaniu dobierając akordy. Improwizowaliśmy. Każde z nas się wczuło. To dodawało smaku naszej damsko-męskiej bitwie na głosy.  Byłem pod wrażeniem. Pod jej wrażeniem. Po zakończonym graniu rozległ się się dzwonek, tak, szkolny dzwonek. 
Kiedy to było? - pomyślałem
I wtedy zniknęła. Tak po prostu. Tylko spojrzała ukradkiem i uśmiechnęła się. Nawet nie wiedziałem jak jej na imię. Ale nie zamierzałem tego tak zostawić. Byłem zaintrygowany. To głupie, wiem. James by mnie wyśmiał.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz